Wielka tragedia przy Bułgarskiej, Lech po 90 minutach przegrywa z Bayerem Leverkusen 0:4. To kolejny przegrany mecz w Lidze Europy i kolejny z taką przepaścią jakościową pomiędzy drużynami. Internet huczy, a portale prześcigają się w krytycznych ocenach i linczu wobec poznańskiej drużyny. Trzeba przyznać, że piłkarze Kolejorza nie pokazali się z najlepszej strony. Czy jednak ten mecz zasługuje na miano kompromitacji?
SPRAWDŹ NASZ POPRZEDNI ARTYKUŁ: Derby Śląska na pierwszym planie. Co nas czeka w 11. kolejce Ekstraklasy? ~ Jakub Kalisz
Problemy kadrowe
Przed samym meczem z Bayerem Niels Frederiksen musiał zmierzyć się z nie lada wyzwaniem. Każdego kolejnego dnia docierały do nas informacje o kontuzjach, a także… problemach dyscyplinarnych. Na pierwszy odstrzał, oprócz tych już od dłuższego czasu nieobecnych, poszli Allahyar Sayyadmanesh oraz João Moutinho. Choć ten drugi w trwającym sezonie nie wniósł zbyt wiele do drużyny, nieobecność Allahyara to poważna strata dla walczącego na dwóch frontach Lecha. Następnie, dzień przed meczem, Robert Gumny doznaje urazu mięśniowego. Zawodnik z doświadczeniem w Bundeslidze mógł się okazać kluczem do tego, aby powstrzymać ataki Niemców. Trener niebiesko-białych musiał poradzić sobie bez obrońcy, a także bez Radosława Murawskiego pauzującego za kartki.
Nie był to jednak koniec problemów Frederiksena. Kibice Kolejorza z nieskrywanym zdziwieniem przyjęli informacje o potencjalnym braku w pierwszym składzie Pablo Rodrigueza. Pomocnik miał nie wystąpić od początku meczu nie z powodu kontuzji, a z powodu spóźnienia. Na pomeczowej konferencji Niels Frederiksen potwierdził, że Hiszpan złamał ogólnie przyjęte zasady, przez co nałożono na niego adekwatną karę. Szkoleniowiec słusznie stwierdził, że w drużynie nie ma miejsca na wywyższanie się, a respektowanie zasad powinno być sprawą nadrzędną.
90 minut przy Bułgarskiej
Mimo braków kadrowych, wprowadzonych roszad i lekkiego spięcia, początek spotkania nie zwiastował katastrofy. Choć nie jest to Lech wchodzący z werwą, to nie wyglądało to najgorzej. Jednym z ważniejszych momentów było podanie Wålemarka i chybiony strzał Ishaka. Akcja, która gdyby się powiodła, miałaby potencjał doprowadzić do zupełnie innego wyniku, a tym samym innego przebiegu meczu.
Niestety, to się nie stało, a chwilę później zadziało się coś, co mogło zaważyć na losach spotkania. 15 minuta, kontuzja Wojciecha Mońki. Obrońca schodzi z boiska, a na jego miejsce Frederiksen jest zmuszony wpuścić Terrego Yegbe i dokonać przymusowych roszad w obronie. Chwilę później po drugiej stronie również odbywa się zmiana, a na boisko wchodzi Patrik Schick, gwiazdor reprezentacji Czech. Reszta wydarzeń toczy się w szybkim tempie. Ręka Yegbe, wykonany przez Schicka karny i strata gola. Feralny zbieg okoliczności, sędziowska bezwzględność wobec zasad i słaba dyspozycja zawodników — to wszystko składa się na jedno: Lechowi zostają obcięte skrzydła.
Od tego momentu nic nie chodzi tak, jak powinno. Drobne błędy i nieuwaga zamieniają się w stracone bramki i nawet najlepsi zawodnicy nie są w stanie ich skorygować. Mecz kończy się kolejną srogą porażką Lecha, a w mediach wybucha burza.
Medialny wyrok
Zanim kibice zdążyli opuścić stadion, na drużynę spadła fala krytyki. Część to były adekwatne oceny w stosunku do przedstawienia Lecha; druga część ogłaszała kompletną kompromitację poznańskiej drużyny. Czy faktycznie przegrany mecz był aż taką wielką porażką?
Wynik oczywiście mówi sam za siebie: 0:4 na swoim podwórku, niezbyt dobrze wyglądający bilans bramkowy w rozgrywkach LE, ale także sama dyspozycja piłkarzy. Lech nie miał argumentów na Bayer, a błędy były notoryczne i niewybaczalne. Mimo to, patrząc na szeroki obraz, ogłoszenie tego jako wielkiej kompromitacji nie do końca mierzy się z rzeczywistością. Nie chodzi tu o tłumaczenie się kontuzjami lub zwalanie winy, czy to na trenera, czy na zawodników. Drużyna zawiodła jako całość. Brakowało woli walki, wejścia od początku z zamysłem uprzykrzenia życia Aptekarzom, pomysłu na grę.
Różnica klas nie do przeskoczenia?
Od początku wiedzieliśmy, że różnica jakości będzie widoczna. Różnica, której przeskoczenie jest marzeniem wielu, ale niewielu się to udaje. Okazała się ona kolosalna, a to, z jakim „mentalem” podeszli do tego zawodnicy, było po prostu zespoleniem całości. Na dodatek Bayer Leverkusen nie zlekceważył przeciwnika. Trener Carles Martinez zresztą wypowiadał się na temat Lecha w pozytywny sposób, zwracając uwagę na to, że analizował ich grę, uważa, że dobrze rozgrywają piłkę, a także że wynik z Crystal Palace był nieadekwatny do przebiegu spotkania.
„Lech Poznań dobrze nas przeanalizował i stwarzał nam problemy. Nasze dwa szybkie gole zmieniły przebieg tego meczu. Lech to dobry przeciwnik, który na pewno będzie zdobywał punkty.”
Można zadawać sobie pytanie, czy były to tylko słowa uprzejmości. Ale skoro szkoleniowiec takiej drużyny dostrzega jakość Kolejorza, oznacza to, że faktycznie słowa krytyków o kompletnej kompromitacji wydają się dość przesadzone.
Przegrana jest faktem dokonanym, a styl, w którym została odniesiona, pozostawia wiele do życzenia. Mimo to czy jest klęską przegrać z zespołem, dla którego Liga Europy raczej nie jest szczytem marzeń? Najważniejsze wciąż pozostaje w rękach piłkarzy i sztabu. Kolejorz ma do zagrania jeszcze 6 meczów, które okażą się kluczowe. To nie czas na ogłaszanie kompromitacji, a moment do refleksji, analizy, co poszło nie tak, co wypada zmienić, aby sytuacja się nie powtórzyła. To moment na wejście w kolejne rozgrywki z energią, której w tym meczu ewidentnie zabrakło.
