W 12 kolejce PKO BP Ekstraklasy mieliśmy okazję obejrzeć spotkanie na szycie. Mecze dwóch gigantów to od zawsze starcia o podwyższonym ryzyku intensywnych emocji. Szczególnie gdy obie drużyny plasują się w czołówce tabeli. Nie inaczej było tym razem. Jeszcze przed meczem serca kibiców rozgrzewały między innymi słowne potyczki. Lech zwieńczył tę szermierkę wygraną 1:2. Czy była to walka godna Mistrza Polski?
SPRAWDŹ NASZ POPRZEDNI ARTYKUŁ: Przełamanie Kolejorza – podział punktów w Poznaniu ~ Dominika Fornalik
Pragmatyzm Mistrzów
Kibice z Poznania liczyli na wielki futbol w wykonaniu Kolejorza. Po ostatnim spotkaniu na ligowym podwórku z Koroną nie dało się odeprzeć chęci ponownego ujrzenia ofensywy niebiesko-białych. Jednak osoby, które zasiadły do polskiego klasyka z taką nadzieją szybko zrozumiały, że Lech wcale takich zamiarów nie miał. Pierwsza połowa dla Poznaniaków była nie do końca udana. Gospodarze spędzili więcej czasu przy piłce i tworzyli sytuacje podbramkowe, a Lech za to nie wyglądał jak ten, którego mieliśmy okazję oglądać tydzień wcześniej. Na dodatek urazu doznał kapitan Mistrzów Polski, Mikael Ishak. Napastnik, schodząc trzymał się za mięsień uda. Niels Frederiksen na pomeczowej konferencji potwierdził kontuzję i dłuższą absencję kluczowego piłkarza. Mimo odrobinę lepszej dyspozycji Legii od początku starcia im również nie udało się przechylić szali na swoją stronę. Piłkarze obu drużyn zeszli z boiska z niedosytem.
Łazienkowska wciąż we władaniu Lecha
To nienasycenie zadziałało na poznański zespół. W drugą połowę weszli odmienieni. Agresywniejszy pressing i kreowanie sytuacji podbramkowych doprowadziło do zmiany wyniku. Po pięknym rajdzie Wålemarka i asyście Leo Bengtssona, piłkę do bramki wpakował ten, który zmienił Ishaka, Yannick Agnero. Z prowadzenia Lech mógł cieszyć się tylko 18. minut. Po tym czasie Wojskowi po swojej sumiennej pracy zostali nagrodzeni, głową do siatki trafił rezerwowy Bohdan Wjunnyk. Gospodarze rozkręcali się, ale ich zapały szybko zostały ugaszone przez dogranie Håkansa i trafienie Palmy. W ostatnich minutach Legia znów miała okazję, ale tym razem zatrzymał ich Mateusz Lis. Bramkarz w efektowny sposób zreflektował się po ostatnim występku w Lidze Europy i uratował zespół przed wyrównaniem. Lech pomimo oddania inicjatywy okazał się skuteczniejszy i wyjeżdża z Warszawy z 3 punktami. Stołeczny klub od 2020 roku wciąż nie jest w stanie pokonać Kolejorza na własnym boisku.
Walka na cięte riposty.
Mecze Legii z Lechem zyskały miano polskiego el clasico. Nie dziwi więc nikogo to, że starcie wiąże się ze skrajnymi emocjami oraz grą psychologiczną z obu stron. W tej potyczce również jej nie zabrakło. Wszystko zaczęło się od słów Frederiksena o tym, że Legii nie będzie łatwo poradzić sobie z jego drużyną. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Choć Papszun oddał Mistrzom szacunek i przyznał, że Kolejorz jest aktualnie najlepszą drużyną w Polsce. Nawiązał też do ostatnich przegranych poznańskiej drużyny w europejskich pucharach.
„Pamiętajmy, że Lech miał w tym sezonie uzasadnione ambicje. Biorąc pod uwagę losowanie w eliminacjach Ligi Mistrzów, uważam, że miał również odpowiedni potencjał. Ostatecznie przegrał jednak z Aarhus, która jeśli się nie mylę, obecnie broni się przed spadkiem. W decydujących spotkaniach, tych najważniejszych, Lech często zawodzi. Tak było w przypadku porażki z Górnikiem, podobnie w Lidze Europy. Zdarza się, że takie mecze mu nie wychodzą. Liczę, że tym razem również tak będzie.”
Słowa trenera Wojskowych same w sobie ostre nie były, ale pozostawiły na języku słodko-gorzki smak. Szczególnie odczuł to selekcjoner Lecha. Niels Frederiksen odniósł się do wypowiedzi Papszuna tuż przed rozpoczęciem spotkania, kontynuując sagę psychologicznej gierki.
„My gramy wielkie mecze cały czas, dwa razy w tygodniu. On pewnie gra taki mecz dwa razy w roku, kiedy mierzy się z nami.”
Selekcjoner Kolejorza dodał, że żartuje i rozumie, że taka wymiana słów jest częścią futbolu. Nie da się jednak nie zauważyć, że te subtelnie złośliwości to mógł być celowy zabieg podgrzania atmosfery przed kluczowym spotkaniem.
This is… not the end
Przedmeczowe podjudzanie na tym się zakończyło, ale to był dopiero pierwszy sezon tej telenoweli. Frederiksen po meczu ponownie postanowił lekko dogryźć Papszunowi. Wynik i wygrana Kolejorza dały mu do tego świetną okazję.
„To był wielki mecz czy nie? Ktoś przed tym spotkaniem mówił, że nie potrafimy wygrywać takich konfrontacji. Przecież to nie było nawet nasze największe spotkanie w tym tygodniu.”
Dodał również, że w odróżnieniu od Legii, Lech nie miał tyle samo czasy na przygotowanie się i „przestudiowanie” przeciwnika, a i tak zdołał go pokonać. Pomimo mierzenia się z drużyną z Premier League oraz małej ilości czasu na odpoczynek, 3 punkty jadą do Poznania. Całą tę potyczkę słowną skwitowała wypowiedź Papszuna, w której wyznał wiarę w swoje własne słowa.
„Nie grałem nigdy w Lidze Europy, więc trener Lecha wie najlepiej, jaka jest tam intensywność. Nie piję, nie mam pomroczności jasnej i nie stosuję żadnych używek. Świadomie powiedziałem pewne rzeczy, co nie było niczym nieprawdziwym. Dla mediów czy opinii publicznej to wszystko było może pożywką, ale uważam, że nie było żadnych konfabulacji czy braku szacunku.”
Lekkie wbijanie szpilek
To, że kibole Lecha Poznań nie wejdą na stadion, było wiadomo od dawna. Klub stołeczny zamknął trybunę gości tuż przed meczem z Wisłą ze względu na trwające remonty. Wielu kibiców i dziennikarzy jednak wątpiło w rzetelności Legii, a na sam klub została nałożona kara. Za brak kibiców Lecha na stadionie, a także każdych kolejnych będą musieli się trochę wypłacić. Mimo tej przeciwności Poznaniacy wygrali, a w symbolicznym geście piłkarze postanowili świętować z nieobecnymi. Zespół po meczu podszedł pod sektor gości z gestami zwycięstwa, aby na koniec zrobić sobie pod nim zdjęcie. Wszystko to było oczywiście zwieńczone gwizdami ze strony kibiców Legii.
To nie koniec wbijania sobie wzajemnie szpilek przez czołowe kluby Ekstraklasy. Jedną z przeciwności Lecha miała być niepodlana murawa. Legia przed meczem nie chciała podlać boiska i choć część z kibiców twierdziła, że mogło to wynikać z późniejszych prognoz deszczu, ewidentnie nie zgodził się z nimi Radosław Murawski, pomocnik Lecha.
„Pokazujemy, że mimo przeciwności losu, jesteśmy w stanie wygrać. Byłem zaskoczony, że Legia na początku nie chciała podlać boiska. Legia Warszawa, która w DNA zawsze miała granie w piłkę, teraz nie podlewają, bo boją się grać w piłkę. Ten u góry miał jednak taki plan, że zlał nam to boisko, dzięki czemu na szczęście mogliśmy kontynuować naszą grę.”
Jak widać nie tylko trenerzy, podgrzewali atmosferę do czerwoności.
Piłkarska niedziela była pełna emocji, ale zakończyła się szczęśliwie tylko dla jednego z zespołów. Lech zgarnia 3 punkty i tym samym obejmuje fotel lidera, mając jeszcze jeden zaległy mecz. Wejścia smoka w tym meczu akurat nie było. Wygrała konsekwencja i mistrzowska jakość. To emocjonujące spotkania miało zamiar podbudować pewność Lecha, której teraz tak bardzo potrzebuje. Przed Kolejorzem kolejny ciężki tydzień pełen wyzwań, a wygraną z Legią z pewnością dodała niebiesko-białym skrzydeł.
