Weekend z Ekstraklasą przyniósł znów wiele wrażeń i emocji kibicom. Byliśmy świadkami przełomowych zwycięstw, kontrowersji sędziowskich, ale także poważnej kontuzji. O tym wszystkim dowiecie się w tym artykule.
SPRAWDŹ NASZ POPRZEDNI ARTYKUŁ: Falstart gigantów! Papszun i Tomczyk bez zwycięstwa – co dzieje się w Legii i Rakowie? ~ Gabryś Rudo
Emocje do samego końca
Na otwarcie 22 kolejki Piast Gliwice podejmował na własnym stadionie Motor Lublin. Gospodarze do tej rywalizacji podchodzili po wysokiej porażce w Poznaniu. Natomiast goście do Gliwic przyjechali w celu przełamania serii porażek i odskoczeniu od strefy spadkowej. Dla podopiecznych Mateusza Stolarskiego ta rywalizacja rozpoczęła się znakomicie, ponieważ już w trzeciej minucie za sprawą znakomitej bramki Ndiaye’a goście wyszli na prowadzenie. Po tym trafieniu obie drużyny dochodziły do niebezpiecznych sytuacji, jednak do przerwy nie ujrzeliśmy więcej trafień. Goście w 58. minucie wyszli z kontrą i po strzale Karola Czubaka podwyższyli prowadzenie do dwóch bramek. Po tej bramce obie drużyny kreowały sobie dogodne szanse, jednak z obu stron brakowało skuteczności. W 79. minucie kibice gospodarzy znów uwierzyli na odwrócenie losów meczu, dzięki trafieniu Leonardo Sanci. W doliczonym czasie gry kibice Piasta wybuchli wielką radością po bramce Katsantonisa, jednak na nieszczęście gospodarzy arbiter dopatrzył się przewinienia Cypryjczyka na obrońcy podczas walki o pozycję.
Wywiezione zwycięstwo z Gliwic przez podopiecznych Mateusza Stolarskiego miało ogromną wagę, ponieważ, dzięki temu udało się Lublinianom powiększyć przewagę nad strefą spadkową do bezpiecznych pięciu oczek. Z drugiej strony gospodarze stracili szansę na awans, na dziewiątą lokatę.
Nudy w Łodzi
Piątkowe emocje z Ekstraklasą zakończyliśmy w Łodzi, gdzie Widzew Łódź podejmował Cracovię. Przed startem tego spotkania wydawało się, że będzie to bardzo ciekawe widowisko z dużą ilością bramek. Jednak piłkarze na boisku tego nie udowodnili jedyną ciekawą sytuacją była nieuznana bramka Zahiroleslama, ze względu na pozycję spaloną Amerykanina. Gdyby nie minimalny spalony antybohaterem Widzewiaków mógł zostać Bartłomiej Drągowski, który przy tym strzale popełnił koszmarny błąd. W drugiej połowie oba zespoły kreowały sobie jeszcze mniej okazji na otwarcie wyniku i z tego powodu mecz zakończył się bezbramkowym remisem.
To spotkanie dla gospodarzy miało ogromną wagę, ponieważ potencjalna wygrana pozwoliłaby wydostać się ze strefy spadkowej. Jednak nie udało się tego osiągnąć, przez co presja w zespole będzie coraz bardziej narastać, zważając jeszcze na posunięcia Łodzian na rynku transferowym. Natomiast dla Cracovii wywiezienie punktu z Łodzi nie jest złym wynikiem i w ciągu dalszym mają realną szansę na walkę o europejskie puchary.
Pech debiutanta
Do nieszczęśliwej sytuacji doszło w doliczonym czasie gry, gdy Wiktor Bogacz sunął na bramkę Drągowskiego. Jego rajd został zatrzymany nieprzepisowo przed polem karnym przez Steliosa Andreou. Polak tak niefortunnie upadł na ziemie, że doznał kontuzji obojczyka, co najprawdopodobniej wykluczy go na około kilka tygodni.
Debiutanckie zwycięstwo Łukasza Tomczyka
Raków Częstochowa na własnym stadionie podejmował szorującą po dnie Bruk-Bet Termalicę Nieciecza. Przed tym spotkaniem presja w obozie gospodarzy była ogromna, ze względu na trzy poprzednie spotkania, w których nie udało się wygrać. Mieli także świadomość, że potencjalna strata punktów znacząco utrudni walkę o tytuł mistrzowski. Natomiast goście z Niecieczy do Częstochowy przyjechali w celu sprawienia niespodzianki i zdobyciu bezcennych punktów w kontekście walki o utrzymanie.
Już na początku spotkania Słoniki mieli bardzo dobrą okazję na wyjście na prowadzenie, po uderzeniu Durdova, jednak na nieszczęście gości strzał skutecznie zablokował Racovitan. Po tej sytuacji inicjatywę przejęli gospodarze, którzy mieli dwie wspaniałe okazje na otwarcie wyniku. Najpierw po rzucie rożnym zakotłowało się w polu karnym Niecieczan i w tym zamieszaniu do strzału doszedł Ameyaw, ale strzelił prosto w Patryka Makucha. Następnie Brunes otrzymał wspaniałe podanie na piąty metr od Ameywa i wystarczyło tylko skierować piłkę w kierunku bramki, jednak Norweg w tej sytuacji nie trafił w piłkę. Tuż przed przerwą kibice na stadionie mieli okazję to celebrowania bramki swojej drużyny, ponieważ po strzale Iviego Lopeza z ostrego konta Raków Częstochowa wyszedł na prowadzenie.
Fatalna druga połowa w wykonaniu gospodarzy
Wydawało się, że w drugiej połowie „Medaliki” będą kontrolowali przebieg spotkania i zdobędą kolejną bramkę. Jednak druga część meczu w wykonaniu podopiecznych Łukasza Tomczyka była fatalna. Goście z Niecieczy zamknęli gospodarzy na własnej połowie, dzięki czemu Słoniki mieli sporo okazji na wyrównanie. Jednak na nieszczęście kibiców gości żadnej z tych okazji zawodnicy Marcina Brosza nie zamienili żadnej na bramkę.
Kontrowersyjna decyzja sędziego
Przy stanie remisowym Niecieczanie wrzucili piłkę w pole karne Częstochowian. Otrzymaną piłkę Durdov chciał przedłużyć do Kopacza, jednak to zgranie ręką przeciął Jean Carlos Silva. Wydawało się, że w tej sytuacji sędzia wskaże na jedenasty metr, ale nieoczekiwanie podjął decyzję, aby kontynuować grę. Spotkało się to z dużą krytyką kibiców, którzy uważali to za oczywiste zagranie ręką. Kolegium Sędziów postanowiło wydać komunikat o interpretacji tej sytuacji, w którym możemy wyczytać:
1. Piłka dla obrońcy jest nieoczekiwana – została przedłużona / zagrana głową przez napastnika znajdującego się w bliskiej odległości od obrońcy.
2. Ręka znajduje się wzdłuż ciała, jest ułożona w naturalny sposób. Nie poszerza nienaturalnie obrysu ciała.
3. Brak ruchu ręki do piłki.
Problem pogłębia fakt, że we wcześniejszych rywalizacjach dochodziło do podobnych sytuacji, gdy zawodnik zagrywał piłkę ręką w polu karnym, a decyzje sędziów były zupełnie różne.
Bramka w ostatnich minutach na wagę zwycięstwa
Górnik Zabrze po serii dwóch spotkań bez zwycięstwa podejmował na własnym stadionie Pogoń Szczecin. Zabrzanie liczyli na zwycięstwo i zaatakowanie pozycji lidera, zważając na fakt, że Portowcy jako jedni z najgorszych w lidze radzą sobie w meczach wyjazdowych. Już na samym początku mecz dla gospodarzy mógł się świetnie ułożyć. Jednak Maksym Chłań po indywidualnym rajdzie oddał strzał zza pola karnego, ale trafił w słupek. Kilka chwil później po tej sytuacji defensorzy Pogoni popełnili koszmarny błąd, po którym Ukrainiec miał kolejną szansę na otwarcie wyniku, ale tym razem trafił w poprzeczkę. Podopieczni Michala Gašparíka przeważali na murawie i wydawało się, że właśnie oni są bliżej zdobycia zwycięskiej bramki. Jednak w 87 minucie w polu karnym Josema zagrał piłkę ręką po strzale Ulvestada, co bezlitośnie wykorzystali Portowcy, zdobywając gola z rzutu karnego.
W Zabrzu z pewnością panuje pewien niedosyt po tej porażce, ponieważ patrząc na przebieg tej rywalizacji, można było odnieść wrażenie, że stroną kontrolująca prezbieg gry są gospodarze. Natomiast podopieczni Thomasa Thomasberga mogą czuć ogromną ulgę, że udało się wywieźć zwycięstwo z tak ciężkiego terenu i tym samym oddalić się na bezpieczny dystans od strefy spadkowej.
Upragnione przełamanie Legii Warszawa
Marek Papszun po nie udanych początkach w stołecznym klubie do rywalizacji z Wisłą Płock podchodził z dużą presją oczekiwań, ale też wielką chęcią debiutanckiego zwycięstwa. Natomiast podopieczni Mariusza Misiury po dwóch porażkach z rzędu przyjechali do Warszawy w celu utrzymania się na podium Ekstraklasy. Legioniści już po nieco ponad dwudziestu minutach wyszli na prowadzenie, dzięki bramce Adamskiego. Po zdobytym golu gospodarze nie zwolnili tempa i dalej przeprowadzali ataki na bramkę Leszczyńskiego. Pierwszą groźną szansą dla gości był strzał głową Niarchosa z okolic piątego metra. Jednak znakomitym refleksem popisał się golkiper Wojskowych.
Po przerwie wydawało się, że Legioniści będą kontrolować przebieg gry i nie pozwolą na groźne ataki Wisły Płock. Jednak w drugiej odsłonie Nafciarze przejęli inicjatywę i przeprowadzali groźne ataki na bramkę gospodarze. Zmożony napór przyniósł upragniony efekt w postaci wyrównania po uderzeniu głową Wiktora Nowaka. Po tym trafieniu rywalizacja się wyrównała. Jednak gospodarze niesieni dopingiem z trybun w 83. minucie wyszli na prowadzenie po strzale Kacpra Chodyny. Wojskowym udało się dowieźć ten wynik do ostatniego gwizdka, po którym było widać sporą ulgę wśród całej drużyny.
To zwycięstwo może bardzo wiele ważyć w kontekście utrzymanie, ponieważ w przypadku porażki strata stołecznego klubu do pozycji dającej utrzymanie wynosiłaby aż cztery punkty. Z drugiej strony goście mogą czuć rozczarowanie po tej porażce, ponieważ przez to spadli na piątą pozycję, która nie daje możliwości gry w europejskich pucharach.
Debiutanci wypalili
Na to spotkanie szkoleniowiec Wojskowych postanowił dokonać zmian. Dał szansę na debiut rumuńskiemu bramkarzowi Otto Hindrich’iowi, a także świeżo sprowadzonemu Rafałowi Adamskiemu. Oba te wybory były genialnym posunięciem, ponieważ rumuński bramkarz spisał się znakomicie i dał poważny sygnał, aby zagościć w wyjściowej jedenastce na stałe. Natomiast Rafał Adamski zaliczył fenomenalne wejście w drużynę, strzelając bramkę, ale także znakomicie pracując bez piłki, co jak bardzo dobrze wiemy Marek Papszun ceni sobie takie wartości u snajpera.
W Gdyni odwilż
W pierwszym niedzielnym meczu GKS Katowice stanął przed arcytrudnym wyzwaniem. Zmierzył się bowiem z Arką Gdynia, która na własnym stadionie w tym sezonie przegrała tylko raz. Jest to najlepszy wynik w całej lidze, więc gospodarze byli stawiani w roli faworyta. Jednak mecz zaczął się znakomicie dla podopiecznych Rafała Góraka, ponieważ gospodarze już w 30. sekundzie spotkania, po fatalnej stracie Nazariy Rusyna stracili bramkę. W dalszym przebiegu spotkania bliżej było drugiej bramki dla gości niż wyrównania, gdy kilkukrotnie podopieczni Rafała Góraka zagrażali bramce gospodarzy. W 32. minucie nastąpił jednak przełom, który przyniósł zamierzony efekt. Po wrzutce z lewej strony Oskara Kubiaka do siatki trafił Michał Marcjanik, co skutkowało wyrównaniem. Arkowcy przeważali i kontrolowali przebieg spotkania. W 44. minucie winy odkupił Nazariy Rusyn, który wykorzystał błąd w defensywie Arkadiusza Jędrycha i bezbłędnie pokonał Rafała Strączka. W drugiej połowie niewielką przewagę mieli zawodnicy z Katowic, jednak nie przełożyło się to na wiele sytuacji.
Po tym spotkaniu Arkowcy po bardzo długim czasie opuszczają strefę spadkową i w końcu mogą odetchnąć z ulgą kosztem Legii, która znów wróciła pod kreskę. Natomiast GKS Katowice plasują się na 12. pozycji, mając 2 punkty przewagi nad strefą spadkową.
Ten mecz mógł się skończyć inaczej?
Sytuacja z 27. minuty meczu, gdy sędzia Paweł Malec nie podyktował rzutu karnego dla GKS-u, co było kluczowym momentem tej rywalizacji. Bartosz Nowak zacentrował piłkę w pole karne gospodarze, następnie piłkę głową zgrał Lukas Klemenz, a ta z bliskiej odległości trafiła w rękę 19-letniego Oskara Kubiaka. Po tej sytuacji arbiter główny konsultował tę decyzję z wozem VAR i wspólnie podjęli werdykt, że nie należy się rzut karny. Ta decyzja ważyła bardzo wiele, ponieważ Katowiczanie mogliby wyjść na dwubramkowe prowadzenie.
Po meczu trener GKS-u skomentował to tak:
Nie mam słów. Jestem tymi decyzjami po prostu rozczarowany, ale nie mam na nie żadnego wpływu. Dla mnie rzut karny jest ewidentny
Lider traci punkty
Jagiellonia Białystok do spotkania z Radomiakiem Radom podchodziło z dużą chęcią zmazania złego wrażenia po czwartkowej porażce z Fiorentiną. Natomiast podopieczni Goncalo Feio do tej rywalizacji podchodzili po porażce ligowej z Koroną Kielce. Wydawało się więc, że zmotywowani podopieczni Adriana Siemieńca nie powinni mieć dużych problemów z zatrzymaniem trzech punktów w domu.
Już na początku tej rywalizacji gospodarze mogli wyjść na prowadzenie. Jednak Jesus Imaz nie wykorzystał świetnej szansy po podania Kamila Jóźwiaka i musiał uznać wyższość Majchrowicza. Kolejną groźną szansę na otwarcie wyniku mieli Białostoczanie tuż przed przerwą. Po dośrodkowaniu Wdowika z rzutu rożnego do piłki dopadł Konstantopoulos, który oddał groźny strzał, ale minimalnie niecelny.
Po przerwie Białostoczanie znów byli stroną przeważającą, co poskutkowało kolejną groźną okazją w 53. minucie. Afimico Pululu oddał strzał głową z około dziesięciu metrów, ale na nieszczęście kibiców na trybunach piłka trafiła jedynie w boczną siatkę. Zaledwie minutę później po tej groźnej sytuacji gospodarzy, Zieloni wyszli ze swoją akcją, po której Rafał Wolski strzałem z dystansu pokonał Abramowicza i otworzył wynik tego starcia. Chwile później goście znów mieli szansę, aby podwyższyć prowadzenie. Jednak tym razem Maurides nie trafił dobrze w piłkę i posłał ją koło bramki. Niewykorzystane okazję się mszczą i tym razem to powiedzenie miało swoje zastosowanie. Zaledwie kilka chwil po tej szansie, podopieczni Adriana Siemieńca przeprowadzili szybką akcję, po której Jesus Imaz wpisał się na listę strzelców. Po wyrównaniu wyniku obie drużyny kreowały sobie świetne szanse na zdobycie bramki. Jednak w obu zespołach brakowało skuteczności, przez co mecz zakończył się remisem.
Podział punktów uniemożliwił Jagiellonii zbudowania sobie bezpiecznej przewagi nad wiceliderem. Na ten moment ich przewaga wynosi dwa punkty, co w obliczu starcia z nieobliczalną Legią może być niewystarczająco. Natomiast Radomiacy mogą być zadowoleni z siebie, ponieważ udało im się wywalczyć cenny punkt na bardzo trudnym terenie.
Lech Poznań zalicza znaczący awans
W odróżnieniu od Jagiellonii Kolejorz do tej rywalizacji przystępował z dużym zadowoleniem. Podopieczni Frederiksena w czwartkowy wieczór pokonali fińskie KuPS i postawili znaczący krok ku awansowi. Natomiast Kielczanie podejmowali z Mistrza Polski z myślą, że uda im się zatrzymać trzy punkty w domu.
Jednak te myśli szybko zostały zweryfikowane przez boisko. Po dwóch kwadransach gry Ali Gholizadeh wpisał się na listę strzelców i tym samym otworzył wynik spotkania. Zdobycie tej bramki nie spowodowało zwolnienia tempa przez Kolejorza, dzięki czemu tuż przed przerwą podwyższył prowadzenie za sprawą trafienia Milicia. Po przerwie dali o sobie znać piłkarze gospodarzy, którzy w 54. minucie zdobyli kontaktowe trafienie. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego główkował Mariusz Stępiński, który umieścił piłkę w siatce. Zaledwie po dwóch minutach do bramki trafił Stępiński, jednak tym razem polski napastnik był na pozycji spalonej. Po tych sytuacjach mecz znacznie się uspokoił i goście zaczęli kontrolować sytuację na boisku. Tym samym już nie ujrzeliśmy żadnych ciekawszych akcji i Lechici zawożą komplet punktów do Poznania.
To zwycięstwo Kolejorzowi pozwoliło awansować na trzecią pozycję, tracąc jedynie punkt do liderującej Jagiellonii Białystok. Natomiast podopieczni Jacka Zielińskiego pomimo tej porażki w ciągu dalszym utrzymują się w górnej połowie tabeli.
Miedziowi zaskakują
Na zakończenie kolejki Lechia Gdańsk podejmowała na własnym stadionie Zagłębie Lubin. Teoretycznym faworytem wydawali się Lechiści, którzy do tego spotkania przystępowali z serią trzech zwycięstw z rzędu. Jednak Miedziowi byli zmotywowani, ponieważ potencjalne zwycięstwo dawało im pozycję wicelidera.
Już w drugiej minucie goście mogli wyjść na prowadzenie po błędach w defensywie gospodarzy. Jednak Jesus Diaz nie zdołał pokonać Paulsena i z tego powodu w ciągu dalszym utrzymywał się wynik remisowy. Jak mówi przysłowie, co się odwlecze to nie uciecze i najwyraźniej te słowa piłkarze Miedziowych wzięli sobie do serca. Zaledwie minutę później Rafał Grzybek skierował piłkę głową do bramki i tym samym wyprowadził gości na prowadzenie. Po tym trafieniu podopieczni Leszka Ojrzyńskiego kontrolowali przebieg spotkania, co poskutkowało podwyższeniem prowadzenia po strzale z dystansu Marcela Reguły. W 34. minucie znakomitą okazję na zdobycie kontaktowego trafienia miał Bobcek. Słowak wymusił błąd na golkiperze gości, jednak oddał bardzo słaby strzał, z którym Burić nie miał najmniejszych problemów.
Po przerwie inicjatywę przejęli Gdańszczanie, co w 48. minucie poskutkowało bardzo groźną sytuacją. Neugebauer został sfaulowany w polu karnym, jednak po analizie var sędziowie dochodzą do wniosku, że we wcześniejszej akcji defensywny pomocnik był na spalonym. Po tym zdarzeniu gospodarze wciąż byli stroną przeważającą i jedynie świetna dyspozycja bramkarza Zagłębia powstrzymała ich od strzelenia bramki.
To zwycięstwo pozwoliło Miedziowym awansować na drugą pozycję, co z pewnością dla większości kibiców śledzących ekstraklasę jest rzeczą nadzwyczajną. Natomiast podopieczni Johna Carvera plasują się na ten moment na pozycji jedenastej, mając trzy punkty przewagi nad strefą spadkową.
Szansę na tytuł mistrzowski
Wyniki 22. kolejki Ekstraklasy przyniosły pewne zmiany w kontekście szansy na Mistrzostwo Polski poszczególnych drużyn. Obecnie największe prawdopodobieństwo na wygraną ligi według wyliczeń Piotra Klimka ma Jagiellonia Białystok, której szansę wynoszą 47,6%. W porównaniu na koniec ubiegłej kolejki szanse te wynosiły 62,4%. Na drugiej pozycji z 22,7% znajduję się Lech Poznań, a na najniższym stopniu podium z 18% jest Raków Częstochowa. Na przestrzeni tygodnia w tym rankingu doszło do zmiany na miejscu wicelidera. Dotychczas druga lokatę zajmowały Medaliki, a ich plecy oglądał Kolejorz.
