23. kolejka PKO Ekstraklasy była pełna derbów, emocji i zwrotów akcji — czyli tego, co fanatycy kochają najbardziej. Nie było meczu, przy którym kibic mógłby się nudzić. Walka o mistrzostwo oraz utrzymanie nabiera zawrotnego tempa. Oto podsumowanie weekendowych zmagań!
SPRAWDŹ NASZ POPRZEDNI ARTYKUŁ: Czy Legia zatrzyma lidera? Wielki test Jagiellonii po odpadnięciu z LKE!
Paradoksalne spotkanie!
W meczu otwarcia kolejnej kolejki naszej rodzimej ligi Cracovia gościnnie przyjęła Piasta Gliwice. Podopieczni Luki Elsnera w ostatnim czasie upodobali sobie remisy i to często bezbramkowe.Dziś jednak było inaczej. Co prawda większość pierwszej połowy przebiegała nudno, lecz było kilka epizodów, a jeden z nich wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Tuż przed przerwą Cracovia wykonywała rzut rożny. Futbolówka została bardzo dobrze dorzucona i trafiła pod nogi Kameriego. Ten bez zawahania wpakował piłkę do siatki.
Druga połowa rozpoczęła się od rzutu karnego sprowokowanego przez Wójcika. Jedenastkę pewnie wykonał Barkouski i od 55. minuty mieliśmy remis. Z tego stanu rzeczy goście cieszyli się zaledwie 20. minut. Bowiem na kwadrans przed końcem Martin Minchev wyprowadził Cracovię na prowadzenie, po wykorzystanej wrzutce. Od tego momentu rozpoczął się emocjonalny rollercoaster. Już w 82. minucie Jorge Felix wykorzystał rozegrany rzut z autu i pewnie wpakował piłkę do siatki. Goście na tym nie zaprzestali. W 88. minucie pierwszy raz w meczu wyszli na prowadzenie za sprawą Michała Chrapka, który tym samym ustanowił wynik spotkania.
Wywiezienie trzech punktów przez podopiecznych Daniela Myśliwca było kluczowe pod kątem osiągnięcia spokoju w zakresie walki o utrzymanie, ponieważ po tym spotkaniu Piast zajmuje 9. miejsce, tracąc do lidera osiem punktów. Piłkarzom Cracovii pozostaje sobie pluć w brodę, że przegapili tak dobrą sytuację do skoku na miejsca gwarantujące europejskie puchary.

Derbowe święto!
Derby to spotkania, gdzie emocje sięgają zenitu zarówno na boisku, jak i na trybunach. I w piątek również nie było inaczej. Bardzo dobrze punktująca u siebie Arka zmierzyła się z najskuteczniejszym zespołem w Ekstraklasie, Lechią Gdańsk. Mecz w przeciwieństwie do tego sprzed tygodnia rozpoczął się dla gospodarzy znakomicie. Już w 6. minucie po silnym i precyzyjnym strzale Oskara Kubiaka Arka wyszła na prowadzenie.
Podopieczni Dawida Szwargi rozpoczęli drugą połowę równie udanie jak początek spotkania. Zaledwie 60. sekund po zmianie stron Arkowcy powiększyli prowadzenie. Wszystko to za sprawą gola Marca Navarro i imponującej asysty z… przewrotki, Kikie Hermosa. Wkrótce w garść wzięli się goście i Kacper Sezonienko strzelił gola kontaktowego. To nie był jeszcze koniec strzelania, bo Lechia miała chrapkę na więcej. Kilka minut później mieliśmy już remis, a strzelcem gola w 57. minucie był Ivana Zhelizko. Jak się później okazało to była ostatnia bramka w tym spotkaniu, choć obie drużyny kilkukrotnie sobie zagrażały.
Arka może być niezadowolona, bo w tak ważnym strategicznie meczu traci dwa punkty i są w dole tabeli. Po spotkaniu jeden z podopiecznych Dawida Szwargi skomentował to tak:
Ogromne rozczarowanie, prowadzimy 2:0, gdzieś się wydaję, że jesteśmy bliżej tego trzeciego gola niż Lechia, a oni strzelają bramkę kontaktową. (…) Nie udało nam się dokonać tego czego chcieliśmy, czyli wygrać pierwszy raz derby w Ekstraklasie – powiedział Kamil Jakubczyk w wywiadzie dla Canal+.
Zawodnicy Le chii mogą spojrzeć na tablicę wyników z większym szacunkiem, niż irytacją, lecz w końcówce mieli dwie groźne sytuacje, które mogły dać trzy oczka. Co by nie mówiono o tym spotkaniu to nudy zarzucić nie można. Były to derby pełne emocji i klimatu.
Kolejna kontrowersja sędziowska
Niestety po raz kolejny ważną rolę w spotkaniu odegrał arbiter. Tym razem przy wyniku remisowym i kwadransie do końca Paweł Raczkowski nie podyktował oczywistej jedenastki. Co jeszcze bardziej zastanawiające nie został nawet wezwany do monitora, aby mógł na spokojnie jeszcze raz tę sytuację przeanalizować. Po wrzutce w pole karne piłkę nie umiejętnie wybił bramkarz gości, po czym Gutkovskis próbując dopaść do futbolówki był przytrzymywany przez Bujara Pllanę. Do całego zdarzenia odniosło się Kolegium Sędziów, które wydało oficjalny komunikat, w którym czytamy
W polu karnym gości napastnik Arki w sposób fair walczy o piłkę. Jest on atakowany przez obrońcę Lechii. Atak ten jest nieprzepisowym zatrzymywaniem, które w sposób istotny wpływa na możliwość walki o piłkę przez napastnika. Pod uwagę należ wziąć to, że:
1. Trzymanie było dokonane przy użyciu dwóch rąk;
2. Obrońca był skoncentrowany na przeciwniku, nie na piłce. Jego działanie było rozmyślne, mocne, uporczywe oraz długotrwałe;
3. Nosiło istotny zamiar utrudnienia poruszania się rywalowi.
Jedna akcja zadecydowała
Sobotnie granie w PKO Ekstraklasie rozpoczęło się od spotkania Pogoni Szczecin z Widzewem Łódź. Dla obu ekip był to ważny pojedynek w kontekście skoku w tabeli ligowej i odseparowania się od strefy spadkowej. Jednak tylko gospodarze zrealizowali swój cel. W pierwszej połowie piłkarze obu drużyn nie zachwycili. Pierwszy celny strzał padł dopiero w 10. minucie, a nadawcą był Kamil Grosicki. Kilkanaście minut później próbował Sebastian Bergier, lecz znów bez efektów. Goście też mieli swoje sytuację, a jedną z nich — tą najgłośniejszą — ujrzeliśmy w 33. minucie. Po wyprowadzeniu piłki przez Drągowskiego, akcja gości zapowiadała się obiecująco aż do… wykończenia, gdy Osman Bukari kompletnie zmarnował obiecującą szansę.
Po zmianie stron kibice musieli trochę poczekać na pierwszą groźną okazję. W 58. minucie strzał oddał Dimitris Keramitsis, a jego uderzenie ”wypluł” Drągowski. Przy dobitce wracającego do Ekstraklasy Karola Angielskiego, bramkarz nie mógł nic zrobić i Pogoń wyszła na prowadzenie. Widzew od tego momentu desperacko próbował wyrównać, lecz bezskutecznie. Nie pomagały nawet zmiany trenera Jovicevicia. W doliczonym czasie doszło do incydentu pozaboiskowego. Zawodnicy po brzydkim faulu Kellyna Acosty na Lukasie Leragerze rzucili się na siebie i rozpoczęła się bijatyka. Sędzia wyrzucił z boiska Amerykanina, a żółtymi kartkami ukarał Cojocaru, Szalaia i Drągowskiego. Sam wynik nie uległ zmianie i Pogoń wygrała 1:0
Zwycięstwo gospodarzom pozwoliło na przesunięcie się na 8. miejsce. Widzewiacy z niepokojem patrzą na innych konkurentów w kontekście gry o utrzymanie i mają nadzieję, że Legia i Bruk-Bet przegrają swoje mecze.

Nieskuteczna Korona wraca na tarczy
W sobotni wieczór Motor Lublin, znajdujący się nad strefą spadkową zmierzył się z Koroną Kielce, która w ostatnim czasie bardzo dobrze punktuje na wyjazdach. Przez pierwszy kwadrans spotkania lepiej prezentowali się goście, którzy częściej mieli piłkę przy nodze. Pierwsza dogodna sytuacja gospodarzy nastąpiła dopiero w 18. minucie. Filip Luberecki sprytnie ominął obrońcę Korony i zagrał świetnie do środka, gdzie na piłkę czekał Mbaye N’Diaye, który z bliskiej odległości pokonał Xaviera Dziekońskiego. W 34. minucie podopieczni Mateusza Stolarskiego ustawili wynik meczu, strzelając drugą bramkę. Wszystko dzięki dobrej centrze Rodriguesa i silnej główce Karola Czubaka, zdobywcy swojej 13. bramki w tym sezonie. Po zmianie stron podopieczni Jacka Zielińskiego, nie mając nic do stracenia, zaczęli dominować. Nie przyniosło to zamierzonych efektów, ponieważ świetny mecz rozgrywał Ivan Brkić. Chorwat kilkukrotnie bronił ”setki” gości.
Styl Motoru, szczególnie w drugiej połowie, nie zachwycił, lecz dla drużyny priorytetem są trzy punkty. Dzięki tym oczkom obie drużyny mają dokładnie 30 punktów. Jednak Korona dzięki lepszemu bilansowi zajmuje 9. miejsce, a Motor plasuje się na 10. pozycji.
Po spotkaniu szkoleniowiec Korony skomentował spotkanie:
Porażka, która bardzo nas boli. Gratuluję rywalom zwycięstwa. Sami zgotowaliśmy sobie taki los. Duża niefrasobliwość w obronie. Zachowaliśmy się jak dzieci we mgle. Słynęliśmy z tego, że obrona była solidna, a dwie sytuacje i stracone dwie bramki. Po przerwie wyglądało to lepiej, ale Brkić miał „dzień konia” i bronił wszystko. Podejrzewam, że gdybyśmy grali do godziny 23, też by nic nie wpadło. Wracamy bez punktów, taka jest piłka. (…) Rozmawialiśmy po meczu w szatni, pod kątem meczu z Termaliką i na pewno wyciągniemy wnioski – powiedział Jacek Zieliński.
Po jednym ciosie
W niedzielne południe na boisku w Termalice zmierzyły się dwa zespoły, które w 2026 roku wciąż nie odniosły zwycięstwa w Ekstraklasie. Ekipy Bruk-Bet Termalica i Radomiak Radom — bo o nich mowa — rozpoczęły granie w marcu. W pierwszej połowie bramkarze kompletnie zamurowali bramkę. Szczególnie Adrian Chovan, który kilkukrotnie ratował remis gospodarzom broniąc solidne uderzenia m.in Capemba oraz Mauridesa. Kilka minut po przerwie sytuacja nieco uległa zmianie i drużyny po blisko godzinie zmagań zaczęły trafiać. W 65. minucie błąd Filipa Majchrowicza bezlitośnie wykorzystał Rafał Kurzawa., a zaledwie trzy minuty później padła druga i ostatnia bramka. Odpowiedzialni za nią są dwaj zmiennicy. Do remisu doprowadził Abdoul Tapsoba, który dobrze poprowadził akcję lewą flanką, dzięki solidnemu zagraniu Zie Ouattary. Reszta meczu to dalsza, wzajemna wymiana akcji i strzałów, z którymi bramkarze nie mieli problemu.
Mecz kompletnie bez fajerwerków, lecz pod znakiem popisów golkiperów. Obie drużyny nadal nie zwyciężyły w lidze. Gospodarze wyglądają jak pewni spadkowicze zajmując ostatnie miejsce w tabeli, a goście po niezłej wiośnie obsuwają się w dół tabeli i plasują się na 13. pozycji.
Jagiellonia rozerwała worek z bramkami!
Po heroicznym boju we Fiorentinie, Jagiellonia Białystok wraca na ekstraklasowe boiska. Na Słoneczną w Białymstoku przyjechała walcząca o utrzymanie, Legia Warszawa.
Podopieczni Marka Papszuna od początku ruszyli ofensywnie, lecz już od 5. minuty mogli przegrywać. Było bowiem podejrzenie ”jedenastki po faulu Otto Hiendricha, który spóźnił się z interwencją na Kajetanie Szmycie. Jednak po analizie VAR, karnego sędzia Arys nie podyktował. Gospodarze odgrywali drugoplanową rolę, aż do 17. minuty, która wyprowadziła Jage na prowadzenie. Do ustawionego na przedpolu Leona Flacha zagrał Bartosz Mazurek, a ten z impetem pokonał bramkarza Legii. Minęło zaledwie pięć minut, a Chorten Arena po raz drugi oszalała z radości. Duma Podlasia wprowadziła kontrę, w której źle zachowała się defensywa Wojskowych. Po strzale Jezusa Imaza piłka odbiła się od bramkarza Stołecznych i wpadła pod nogi Radovana Pankova. Do piłki dopadł Pululu i umieścił ją w siatce. Pierwsza część spotkania dla gospodarzy zakończyła się najgorzej jak mogła, ponieważ… stracili gola samobójczego. Po wrzutce w pole karne Kacpra Chodyny, Barnardo Vital nieszczęśliwe posłał ją do własnej siatki.
Na drugą połowę Legioniści wyszli wiele bardziej ożywieni i to oni przejęli inicjatywę. W 56. minucie przyszedł tego efekt. Pankov zagrał piłkę w polu karnym, a Flach odbił ją z bliska do własnej bramki. Remis nie satysfakcjonował żadnej drużyny, dlatego dalej próbowały. W 62. minucie groźne sytuacje mieli Pululu, gdy główkował nad bramką, a chwilę później Szmyt, który obrysował poprzeczkę. Do głosu dochodziła również Legia. Kilkukrotnie słynne ”setki” marnował Rajović i Augustyniak. A więc, więcej goli w niedzielne popołudnie już nie padło.
Nikt z tego wyniku nie jest zadowolony. Podopieczni Adriana Siemieńca zbliżyli się punktami z Lechem Poznań, a Legia Warszawa pozostaje w strefie spadkowej.

Mecz sezonu
W hicie kolejki Lech Poznań na własnym stadionie podejmował Raków Częstochowę. Oba zespoły przed tym spotkaniem zajmowały miejsca dające europejskie puchary. Jednak ich aspiracją z pewnością jest walka o mistrzostwo. Z tego powodu to starcie miało ogromną wagę.
Podopieczni Łukasza Tomczyka nie mogli wymarzyć sobie lepszego startu, ponieważ już w 5. minucie Patryk Makuch wykorzystał błąd Gurgula w defensywie i wyszedł sam na sam z bramkarzem gospodarzy. Bartosz Mrożek był zmuszony do faulu, dzięki czemu Medaliki otrzymali jedenastkę. Do rzutu karnego podszedł Jonatan Brunes, który bezproblemowo umieścił piłkę w siatce. Jednak radość gości, nie trwała zbyt długo, ponieważ po kilkunastu minutach Frankowski przyznał rzut karny Kolejorzowi po zablokowaniu strzału ręką przez Ariela Mosóra w polu karnym. Tę szansę bez skrupułów wykorzystał Mikael Ishak tym samym wykonując stan spotkania. To nie był koniec emocji w pierwszej połowie, w 37. minucie Częstochowianie ponownie wyszli na prowadzenie po bramce Jeana Carlosa. Na nieszczęście gości tego wyniku nie udało się utrzymać do końca połowy i tuż przed przerwą po pięknej akcji wyrównał Luis Palma.
W druga połowę o wiele lepiej weszli podopieczni Nielsa Frederiksena, którzy przejęli inicjatywę, co poskutkowało do po raz pierwszy w tym starciu wyjściem na prowadzenie. W 55. minucie Ishak oddał strzał, z którym poradził sobie Zych, ale już przy dobitce Milicia bramkarz gości był bezradny. Po tym trafieniu wydawało się, że gospodarze mieli kontrole nad przebiegiem spotkania. Jednak zmieniło się to po fenomenalnej bramce Iviego Lopeza z rzutu wolnego w 73. minucie. Po tym trafieniu stroną dominującą były Medaliki, które mieli okazję przeważyć losy rywalizacji na swoją korzyść w 81. minucie, gdy piłkę do siatki skierował Stratos Svarnas. Jednak po analizie Var bramka została anulowana, ze względu na pozycję spaloną Greka. Gdy wydawało się, że to spotkanie zakończy się podziałem punktów, to w doliczonym czasie gry stadion eksplodował. Do bramki trafił Agnero, który tym samym ustanowił wynik tego spotkaniu i dał wiele radości kibicom na trybunach.
To spotkanie było bardzo istotne w kontekście walki o tytuł mistrzowski. Na ten moment Kolejorz zrównał się punktami z liderującą Jagiellonią. Natomiast Medaliki spadły na piątą lokatę, tracąc aż cztery punkty do pozycji lidera.
Podsumowanie – kto bliżej mistrzostwa?
W minionej kolejce doświadczyliśmy 31 goli, z tego kilka ”stadiony świata”, nie brakowało też mnóstwa pięknych akcji i kilku kontrowersji, które miały wpływ na tabelę ligową. Po tej serii gier największe szanse na mistrzostwo Polski, wg obliczeń Piotra Klimka, ma Jagiellonia Białystok (42,9%). Tuż za nią plasuje się Lech Poznań (35,9%), następnie Raków Częstochowa (10,5%) oraz Zagłębie Lubin (7,2%).
W minionym tygodniu doszło również do przetasowań w czołówce tabeli: Lech zajmuje 3. miejsce, a Górnik plasuje się na 4. pozycji. Jak widać – jest walka, są emocję, które rosną z każdą kolejką i to najbardziej cieszy kibica Ekstraklasy.
