Wielkie ambicje, nowatorskie metody szkoleniowe i kadra pełna gwiazd miały zaprowadzić reprezentację Polski pod wodzą Jacka Gmocha na piłkarski szczyt. Mundial w Argentynie w 1978 roku pokazał jednak, że sama wiedza o futbolu nie wystarczy. W piłce nożnej na najwyższym poziomie ważniejsze od taktyki są relacje, zaufanie i umiejętność zarządzania szatnią, o czym wspomniał Dariusz Szpakowski w książce „Wita państwa Dariusz Szpakowski”:

ADN-ZB-Mittelstädt-16.7.74-wen-München: X. Fußball-Weltmeisterschaft- Spiel um den dritten Platz VR Polen gegen Brasilien 1:0 am 6.7.74. Freude auf der polnischen Spielerbank über das 1:0 durch Grzegorz Lato.

„Kiedy Jacek Gmoch przejął kadrę, byłem już bardzo blisko wielkiego futbolu. Gmoch przed tamtym turniejem powiedział mi, że reprezentacja wybiera się do Ameryki Południowej po mistrzostwo świata. Nagrałem to na magnetofon na ulicy Konopnickiej w Warszawie. Można było jednak zrozumieć selekcjonera: dysponował świetną reprezentacją, do której po kontuzji wracał w dodatku Włodek Lubański, piłkarz już bardzo doświadczony, mający status legendy, ale niezwykle inteligentny i z pewnością przydatny jako pośrednik w przekazaniu pozostałym piłkarzom wszelakich zagadnień taktycznych. A jednak nie wyszło.

 

O mundialu w Argentynie można pewnie napisać opasłe tomy, ale prawda jest taka, że Polska tam po prostu zawiodła. Niczego nie chcę Jackowi ujmować. To inteligentny człowiek, który wprowadzał nowatorskie metody. Alchemik futbolu – tak się wtedy na niego mówiło. Świetnie czytał grę i prezentował wręcz naukowe podejście do piłki nożnej. Miał najlepsze narzędzia ze wszystkich polskich trenerów i prawdopodobnie najlepszą kadrę. Brakowało mu tylko jednego – tego »ludzkiego« pierwiastka, który posiadał Górski.

 

Kiedy 1 maja 1977 roku, w Święto Pracy, pokonaliśmy w eliminacjach mistrzostw świata Danię na jej boisku 2:1 dzięki dwóm trafieniom Lubańskiego, Edward Gierek, I sekretarz KC PZPR, złożył drużynie gratulacje. Andrzej Szarmach i Włodek udowodnili, że potrafią ze sobą grać. Jednak Gmoch z testów psychologicznych wywnioskował, że nie powinni występować razem na boisku.

 

Jako selekcjoner nie potrafił stworzyć w drużynie poczucia wspólnoty. Kadra stanowiła dziwną miksturę, piłkarze byli skłóceni. Zamiast korzystać z doświadczeń sprzed czterech lat, zdobytych na boiskach w Niemczech, gdzie Polska sięgnęła po medal, pozwolono na tworzenie się jakichś grup. A Gmoch chciał zadowolić każdą z nich. Brakowało mu stanowczości i decyzyjności Górskiego. W reprezentacji było za dużo alchemii, a za mało chemii między zawodnikami.

 

Gdy we wrześniu 1977 roku polecieliśmy z kadrą do Wołgogradu na mecz z ZSRR, zawodnicy schowali Gmochowi do bagażu książki o Leninie i otwarcie sobie z niego dworowali. Górskiego nie odważyliby się tak traktować. Być może poprzednikowi łatwiej było zapanować nad piłkarzami, którzy sukces mieli dopiero przed sobą. Ci z kadry Gmocha przeszli już szlak bojowy i zapewne poczuli się więksi.

 

Do dzisiaj nie udało mi się rozwiązać zagadki mundialu z 1978 roku, choć wielokroć miałem okazję rozmawiać na ten temat z samym Jackiem. On naprawdę wiedział, o co chodzi w piłce. Kiedyś zaszedłem na trening kadry na stadionie Legii. Patrzę, a Gmocha nie ma. Okazało się, że siedział na dachu, podciągnęli mu tam mikrofon i z tej perspektywy przestawiał formacje. Później takie rzeczy robili najlepsi trenerzy świata, a Jacek wprowadzał tego typu nowinki już w latach 70.

 

Nie bał się też stawiać na młodych graczy, choćby na Adama Nawałkę czy Zbigniewa Bońka. Próbował Henryka Kasperczaka na stoperze. Widać było, że bardzo chce zaznaczyć swoją obecność, dopilnować wszystkich detali. Gdy we wspomnianym wcześniej Wołgogradzie pojechaliśmy odwiedzić Kurhan Mamaja, czyli miejsce poświęcone pamięci radzieckich żołnierzy poległych pod Stalingradem, Gmoch kazał wszystkim kadrowiczom założyć biało-czerwone dresy. A reprezentacja gospodarzy? Każdy piłkarz był ubrany inaczej, pozakładali jakieś kurtki dżinsowe, szczególnie największe gwiazdy Sbornej chciały się pokazać. No i radziecka telewizja od razu to podchwyciła:

 

– Jak to wygląda? Polacy w narodowych barwach, a wy jak zbieranina.

 

Myślę, że próba szukania odpowiedzi na nurtujące nas przez lata pytania o mundial w 1978 roku jest skazana na niepowodzenie. Jacek widział piłkę inaczej niż większość ludzi – tego nie można mu odmówić. Wyprzedzał swoje czasy, kochał wszelkie nowinki, był ekscentrykiem, co również miało swój urok. Ale nie miał umiejętności upraszczania schematów, scalenia grupy, dokonywał złych wyborów. Innymi słowy, nie miał tego, co Górski.

 

Do tego był pełen sprzeczności. Z jednej strony posiadał dominujący charakter i swoje ego, z drugiej – chciał, żeby wszyscy go lubili. Przykład? Reprezentacja Polski poleciała na mecz do Budapesztu. W debiucie Adam Nawałka strzelił tam gola na Népstadionie. Przed spotkaniem kadrowicze wybrali się na spacer. Nagle ktoś rzucił:

 

– Selekcjonerze, widzi pan tę dżdżownicę? Zje ją pan za sto dolarów?

 

– A pewnie! – zgodził się Gmoch.

 

No i wygrał ten zakład. Nie chodziło o pieniądze, naprawdę zależało mu, by zbliżyć się do piłkarzy, być kimś, kto potrafi się z nimi bawić.

 

Jednak sprzeczności w zarządzaniu rodziły konflikty i smutny koniec był nieunikniony. Pamiętam słynny telegram do Argentyny, który wysyłała do Jacka jego żona, Stenia.

 

– Pies Paco czuje się dobrze.

 

Taki szyfr, próba oddania nastrojów w KC PZPR po pierwszym meczu na mundialu. A potem spotkanie w ambasadzie, już przed powrotem do kraju. Piłkarze byli nabuzowani, z różnych powodów, na przykład Lubański dlatego, że nie grał tyle, ile by chciał. Nie mógł się też pogodzić z tym, że Gmoch, w przeciwieństwie do Górskiego, nie traktował go po partnersku. Odstawiony od składu piłkarz, zwłaszcza tego formatu, potrzebuje rozmowy, dialogu, wyjaśnień. Gdy lata później, podczas Euro 1988, które komentowałem razem z Włodkiem w Kolonii, Jacek go zobaczył, to przed nim uciekał. Czas jednak powoli goił rany, a żal z mundialu w Argentynie zamieniał się w coraz drobniejsze uszczypliwości.

 

Najbliżej kadry byłem w 1982 roku i dwie dekady później, za kadencji Jerzego Engela, ale w przypadku Gmocha po raz pierwszy mogłem gołym okiem dostrzec, w jakim napięciu żyje selekcjoner. Na mundialu wybór jedenastu ludzi do gry urasta do rangi kosmicznej odpowiedzialności. Po przegranym meczu z Argentyną selekcjoner był załamany. Widziałem, jak walił głową w ścianę.

 

Po odwołaniu Gmocha z posady selekcjonera długo nie miałem z nim kontaktu. Spotkaliśmy się dopiero po latach, gdy był już w Grecji. Doceniłem, jak jest tam szanowany. Zarówno on, jak i drugi z asystentów Górskiego, Strejlau, wyrastali w cieniu legendy pana Kazimierza i w roli selekcjonera nigdy nie osiągnęli takich sukcesów, jak ich przełożony. Ale chodziło przede wszystkim o coś innego – nie zyskali takiej miłości rodaków. Dlaczego tłumy kochały Górskiego? Bo był jednym z nas. A ludzie czują takie rzeczy, łatwiej im się utożsamić z kimś takim. Kazimierz Górski był gościem z twojego bloku, osiedla, któremu dano do poprowadzenia kadrę i on to udźwignął. Mogłeś go spotkać na ulicy, w tramwaju, pogadać, uścisnąć rękę. Gmocha i Strejlaua kibice postrzegali zupełnie inaczej”.

 

Książka „Wita państwa Dariusz Szpakowski. Autobiografia” jest dostępna na: https://bit.ly/przemyslenia-szpakowski

 

Zdjęcie pochodzi z Wikimedia Commons. Podpis: Bundesarchiv/Bild 183-N0716-0309/Mittelstädt Rainer/CC-BY-SA 3.0

 

O książce:

 

Głos Dariusza Szpakowskiego gości w domach Polaków od blisko 50 lat. Przez tych kilka dekad skomentował 12 mundiali i 11 mistrzostw Europy oraz 18 igrzysk olimpijskich, a jego słowa stały się ścieżką dźwiękową nadziei i rozczarowań kolejnych pokoleń kibiców. Jako chłopak wychowany na warszawskim Powiślu marzył o rywalizacji na największych sportowych arenach. Trafił tam, choć nie w roli sportowca – został najsłynniejszym komentatorem w historii Polski.

Autobiografia Wita Państwa Dariusz Szpakowski to niesamowita podróż przez czasy chwały i mroku sportu, kręte korytarze radia i telewizji oraz pulsujące emocjami stadiony. Razem z głównym bohaterem przemierzysz świat pełen kontrastów: od powojennej Warszawy po ociekający złotem Katar. Po drodze zajrzysz za kulisy reprezentacji, dotkniesz medali i zobaczysz łzy przegranych. Poznasz z bliska wielkich bohaterów, jak Kazimierz Górski, ale i śliskich działaczy partyjnych czy mistrzów brudnej gry w telewizji.

Jak uratował swoją pierwszą transmisję radiową? Jakie przygody przeżył z Janem Ciszewskim? Kiedy najmocniej wzruszył się na stanowisku komentatorskim i kto chciał go zniszczyć? Po raz pierwszy Dariusz Szpakowski opowiedział swoją historię tak szczerze.

To nie jest zwykła spowiedź. To opowieść o tym, jak zostaje się legendą.

Książkę znajdziecie w księgarni LaBotiga: https://bit.ly/przemyslenia-szpakowski

 

Książkę polecają m.in.:

Darek jest wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny. Kiedy słyszysz jego głos, od razu wiesz, że gra toczy się o poważną stawkę. Autentyczność i umiejętność budowania emocji – w tym nie ma sobie równych. Lata lecą, a on wciąż nosi w sobie taką pasję, jakby komentował po raz pierwszy w życiu.

Jan Urban

 

Z redaktorem Szpakowskim od początku złapaliśmy wspólny język. Był jednym z nas, żył z nami i pomagał nam w ciężkim 1982 roku porozmawiać z najbliższymi. Zawsze był prawdziwym kibicem i dobrym kumplem. Darek rozwijał się szybko i od ponad 40 lat jest na piedestale, komentując najważniejsze wydarzenia sportowe. Z ciekawością sięgnąłem po tę książkę.

Zbigniew Boniek

 

Darek to człowiek wielu talentów, osobowość, wspaniały dziennikarz. Jest wielkim komentatorem. Ale dla mnie przede wszystkim przyjacielem – znamy się od początku naszej drogi zawodowej i nigdy się na nim nie zawiodłem. Długo czekałem na tę autobiografię i cieszę się, że wreszcie opowiedział swoją pasjonującą historię.

Włodzimierz Szaranowicz

 

To nie jest zwykła autobiografia. To książka o tym, jak zmieniała się Polska, sport i media z narratorem w postaci Dariusza Szpakowskiego. Ta historia powinna zostać zekranizowana. Tylko który aktor oddałby tembr głosu i emocje jej bohatera?

Tomasz Ćwiąkała

#reklama

Udostępnij

O autorze